Spotkanie Silesia Toastmasters „Będziemy w kontakcie” – 11.06.2015

Po raz pierwszy obejmowałem rolę oceniającego mowę. Czyli ewaluatora, jeśli jesteśmy światowi. Mnie się, oczywiście, wydawało, że w swojej ewaluacji zawarłem wszystkie istotne uwagi, byłem obiektywny i wspierający dla mojego mówcy. Spotkało mnie równie wielkie zaskoczenie jak tego kota.

 

Otóż dawanie dobrej informacji zwrotnej też wymaga treningu. Trzeba z wyczuciem trafić w złoty środek łączący przydatne rady, sugestie poprawek, pochwały i subiektywne opinie. Ale o tym innym razem – kiedy będę miał za sobą więcej doświadczenia w ocenach.

Hasło „będziemy w kontakcie” rzucone podczas pożegnania tak cudownie nic nie znaczy. Do niczego nie zobowiązuję. Każdy może się nim elegancko wspomóc, choćby i nie miał żadnego kontaktu do rozmówcy, a już bynajmniej intencji do utrzymywania tegoż. Tym sensowniejsze było pytanie dnia, które dotyczyło tego, jak naprawdę utrzymujemy kontakt z osobami, na których nam zależy. I nie – nie będzie tego żartu, że oplatamy je kablem i podłączamy do… NIE! Za to urzekł mnie Bartek, który odpowiedział, że ma niewielu znajomych, a tych których ma, to im za to płaci. Tak bardzo wygrać życie.

gruszki

 

Dzisiejsza lekcja będzie o tym, jak utrzymać kontakt – z publicznością. Jednym z zagrożeń jest wygłoszenie mowy zadaniowo, jakby należało ją przygotować, przedstawić i odhaczyć. Mówca podstępujący w taki sposób jest bardziej skupiony na sobie (albo na zapamiętanym/ zapisanym tekście) niż na ludziach i na tym, co się wokół dzieje.

Ogólnym rozwiązaniem jest wyraźniejsza obecność. Świadomość, że nie jest się samemu, tylko w towarzystwie jakiejś grupy. Że klima nie działa. Że za oknem są jakieś remonty. Że ludzie nie sali nie są abstrakcyjnymi słuchaczami, tylko prawdziwymi osobami: ten student był już kiedyś na Twoim szkoleniu, chyba nazywa się Marcin, a ta dziewczyna przyszła z dzieckiem. Spróbuj przez chwilą zwrócić się do nich, jakby byli… no… ludźmi. Dobrym momentem na to jest czas przed oficjalnym rozpoczęciem albo przerwa. Wyrażenie na głos tego, o czym i tak wszyscy myślą buduje poczucie bliskości i tożsamości. Ty też możesz stać się w oczach uczestników prawdziwą osobą a nie bezdusznym automatem – kogoś takiego znacznie łatwiej słuchać.

Z kolei w trakcie mowy nie musisz zmieniać tematu. Za to możesz aktywizować audytorium przez zadawanie pytań. Utrzymujesz wtedy ciągłość tematu i możesz sobie z kimś porozmawiać, czyli zrobić to, co zwykle robią ludzie chcący utrzymać kontakt. Możesz poprosić kogoś, żeby podał Ci długopis, możesz utrzymywać kontakt wzrokowy, możesz luźno skomentować jakąś sytuację. Możesz robić to, co pozwoliłoby Ci utrzymać kontakt w rozmowie ze gronem znajomych.

Oczywiście we wszystkim należy przesadzać. Zamiast przygotowywać materiał można spokojnie przez dwie godziny mówić o pogodzie. Więcej na ten temat w linkach poniżej. I jeśli już mowa o kontakcie i aktywizacji, to macie subskrypcję i komentarze. Zachęcam. Czy Was też męczył ten sezon Gry o Tron? (nawiązanie do aktualnych wydarzeń; wiele osób chętnie się na ten temat wypowie, a potem już z górki).

Bibliografia:

Spotkanie Silesia Toastmasters „Wpływ literatury na prozę życia” – 3.04.2015

Literatura ma taki wpływ na prozę życia, że połowa uczestników spotkania długo nie czytała (albo i dalej nie czyta) nic. I jakoś radzą sobie w życiu. Książki podobno kształcą, ale jestem ciekawy, czy mają wpływ na tak zwany „sukces” (a jeśli tak, to czy ten wpływ jest pozytywny). Znam tylko jedne badania na ten temat, z Freakonomii S.D. Levitta i S.J. Dubnera: czytanie dzieciom na głos nie koreluje z późniejszym wykształceniem; liczba posiadanych przez rodziców książek koreluje pozytywnie. Wynika  z tego dobra wiadomość: książek nie trzeba czytać, wystarczy się nimi otaczać, wiedza przenika do głowy przez okładki.

Od teraz zostaję kronikarzem klubu. Od kilku spotkań jestem oficjalnie członkiem, mam za sobą dwie mowy (z czego jedną konkursową; nie wygrałem), role kontrolera płynności, gramatyka i moderatora gorących pytań. Zaczynając od tego spotkania będę regularnie publikował recenzje. W każdej mam nadzieję zawrzeć kilka informacji na temat tego, co faktycznie się działo, ale też zaproponować dalsze poszukiwania i wskazówki związane z tematem.

Temat literatury wyjątkowo mocno wpłynął na długość wypowiedzi. Każde spotkanie zaczyna się od tzw. pytania dnia. Jest to prowokacja do tego, żeby każdy z uczestników się przedstawił i powiedział kilka słów o sobie, należy się zmieścić w trzydziestu sekundach. Pytanie tego dnia było do przewidzenia: „Jaka lektura najbardziej wpłynęła na twoje życie?”. Przyznam, że szczerze interesowało mnie, kiedy część osób odpowiadała: „Nazywam się XYZ i w ciągu pozostałych mi dwudziestu sekund opowiem wam całą historię mojego rozwoju literackiego”. Z reguły te historie są fascynujące (w moich oczach w ogóle ludzie są fascynujący), ale czerwone kartki symbolizujące koniec czasu pojawiały się bardzo często. Wujek Dobra Rada daje Dobrą Radę Na Dziś: niewiele rzeczy psuje odbiór wypowiedzi tak bardzo, jak przekroczenie wyznaczonego czasu.

Z wystąpień zapisałem sobie dwa szczególnie zgrabne zdania: „Książki nie są ucieczką od rzeczywistości, ale afirmacją wyobraźni” oraz „… nie dają jednoznacznych odpowiedzi, tylko prowokują kolejne pytania”. Padły z ust Toastmastera Sebastiana, czyli prowadzącego spotkanie, za co należy mu się pochwała. Tomasz wygłosił swojego Icebraekera. W założeniu miała to być pierwsza mowa, która przełamuje lody, w przypadku Tomasza widać jednak było wyraźnie, że pierwszy raz miał już za sobą i lodów nie musi przełamywać. Janusz skrytykował cogito, ergo sum Kartezjusza i przekonywał nas, że podmiot to nie to samo, co myślenie. Mowa Dawida była jego dziesiątą z kolei, ostatnią z podręcznika Kompetentnego Mówcy. To oznacza, że oficjalnie zakończył podstawowy kurs, tytuł Kompetentnego Mówcy należy mu się i może korzystać z podręczników zaawansowanych.

Ostatnia część tego wpisu (i kolejnych) to propozycja wykorzystania tematu spotkania w swoich mowach. W tym przypadku: co retoryka może zrobić z literaturą? Przede wszystkim to, do czego zwykle literatura służy – czytać ją (błyskotliwe). Na przykład coś z mojej strony Bibliografia. Można też ciekawiej: wpleść literacką formę do mowy. Anegdoty i opowieści mocno działają na wyobraźnię słuchaczy. Dobrze opowiedziana historia potrafi wciągnąć i pobudzić emocje. Żeby to osiągnąć, należy przestrzegać precyzyjnych reguł rzemiosła. Istnieje coś takiego jak podstawowy model standardowej historii. Ten model nie gwarantuje nowatorskiego dzieła na miarę literackiego Nobla, ale gwarantuje, że historia będzie się po prostu podobać. Model nazywa się monomitem.

Pojęcie pochodzi od Josepha Campbella, autora Bohatera o tysiącu twarzy i działa według następującego schematu:

Monomit

Wbrew pozorom to działa nie tylko na Gwiezdnych WojnachWładcy Pierścieni, chociaż kogoś mogłaby zmylić ta niezwykłość, miecze i eliksiry. To również schemat nieszczęśliwej miłości, walki z nałogiem, dramatu psychologicznego, kryminału, komedii itd. Niezwykłym światem jest właśnie świat opowieści, a jego niezwykłość polega na niezwykłych wydarzeniach i niezwykłych postaciach, niekoniecznie od razu na czarach. Proponuję następujące ćwiczenie: weźcie opowieść, którą ostatnio czytaliście albo ostatnio oglądany film i rozbijcie go na elementy według tego koła. W moim przypadku będzie to Gunman: Odkupienie. Nic zaskakującego, ale dalszy tekst chyba i tak liczy się jako spoiler, więc jeśli komuś zależy, to czujcie się ostrzeżeni.

1. Jim skończył z byciem strzelcem i kopie studnie w Afryce.

2. Miejscowi napadają na Jima.

4. Jim spotyka się ze swoim dawnym kolegą.

3. Dawny kolega stara się odwieźć go od dalszych poszukiwań.

5. Okazuje się, że pozostali strzelcy nie żyją, a dni Jima są policzone.

6. Inny dawny kolega sprzedaje  życie Jima. Jim pokonuje kilku wrogów. Jim odkrywa, że notatnik jest jego bronią. Jim traci notatnik, ale ma jeszcze nagrania.

7. Jim umawia się na arenie korridy ze swoim wrogiem: ma oddać nagrania w zamian za swoją kobietę.

8. Walka z wrogiem.

9. Jim odzyskuje kobietę.

10.Jim leczy się w szpitalu.

11.-12. Jim współpracuje z FBI i zostaje świadkiem koronnym.

Jak widać czasem kolejność jest zmieniona, ale schemat w dalszym ciągu uznaję za zachowany. Dla ułatwienia można zapamiętać bardziej klasyczny schemat:

1. We wstępie przedstawiony zostaje bohater i jego problem. Mała katastrofa zmusza bohatera do działania.

2. W rozwinięciu problemy narastają, ale pojawiają się sojusznicy i nowe zasoby. Zbliżająca się wielka katastrofa wydaje się nie do przejścia.

3. W punkcie kulminacyjnym bohater pokonuje swój główny problem, ale nie tym samym sposobem, którym pokonywał pomniejsze problemy. Musi się przy tym zmienić, odkryć w sobie coś innego.

4. Bohater wraca do normalności odmieniony.

Należy też pamiętać o tym, że najłatwiej angażuje fabuła, w której napięcie wznosi się i opada niczym fale: jest normalnie – coś się psuje – naprawiamy – psuje się bardziej – łatamy dziury na szybko – chyba już jest dobrze – jednak nie, teraz to naprawdę mamy problem – robimy coś z wielkim problemem, chociaż nie to, co zamierzaliśmy na początku – problem niby jest rozwiązany, ale nie do końca, coś zostaje.

Do umiejętności budowania narracji należy jeszcze budowanie bohaterów, z którymi można się utożsamić, wiarygodnego świata i parę innych elementów. Napisano na ten temat już całkiem sporo, a najlepsze jest to, że te wskazówki działają zarówno na wielotomowej sadze jak i na jednominutowej anegdocie ze swojego życia.

Bibliografia:

  • Booker C. – The Seven Basic Plots: Why We Tell Stories
  • Campbell J. – Bohater o tysiącu twarzy
  • Levitt S.D., Dubnera S.J. – Freakonomia
  • McKee R. – Story: Substance, Structure, Style and the Principles of Screenwriting
  • Ong W.J. – Oralność i piśmienność: słowo poddane technologii
  • sfp.org.pl – Christopher Vogler: „Make Poland cool!”
  • tvtropes.org

Personal branding… na start! – 2-3.03.2015

Szkolenie odbyło się już kilka dni temu. O wysokiej jakości mojej pracy świadczy między innymi natychmiastowa publikacja relacji i ogólnie bycie na bieżąco. Wiadomo powszechnie, że dobre przygotowanie czegokolwiek musi trwać, a po wszystkim tyle samo czasu trzeba poświęcić na to, żeby ochłonąć. Ledwo zacząłem pisać, a już rzucam tezami, w które nikt nie uwierzy (i dobrze). Do rzeczy.

Wierzę w rozpowszechnianie wiedzy, którą można rozpowszechniać. Wierzę w darmowe podręczniki i w przyznawanie się do swoich źródeł i autorytetów. Trochę zaskakuje mnie zwyczaj niektórych trenerów i autorów, którzy sprawiają wrażenie, jakby wszystko odkryli sami, a swoje myśli skwapliwie ukrywają przed tymi, którzy za nie nie zapłacili. Średniowieczne wykłady wyglądały tak, że profesor czytał na głos książkę, bo książek było po prostu mało. Od tamtego czasu pojawiły się druk, kopiarka i Internet – informacji jest mnóstwo, jak nie u tej osoby, to u innej. Dlatego osobiście nie obawiam się upublicznić mojej prezentacji, niech Wam służy!

Za dużo informacji to tam nie ma, bo z drugiej strony nie wierzę w odczytywanie prezentacji, do której prowadzący jest tylko dodatkiem. Osobom, które nie mogły pojawić się na szkoleniu należy się jednak odrobina wyjaśnienia. Zdjęcia Adele i jakiegoś młodego mężczyzny w fatalnie dobranym garniturze są dowodem na podstawową tezę: że z dobrym wizerunkiem nikt się nie rodzi, każdy go sobie tworzy. Tworzy przez świadome budowanie wizji siebie w oczach innych, bo to właśnie jest wizerunek. Czyli – innymi słowy – dbanie o to, co myślą o mnie inni. W książkach o poczuciu własnej wartości jest napisane, żeby nie przejmować się tym, co myślą inni. A już szczególnie nie należy przejmować, co myśli potencjalny pracodawca albo klient. W końcu ludzie zatrudniają tych pracowników, którzy umieją wykonać zadanie, a nie tych, których znajdą. Dlatego znajomości, dobra prezencja i ciekawe doświadczenie nie mają nic do rzeczy. Cóż, tak się składa, że mają.

unnamed (1)Wierzę, że jesteście kompetentni w swojej dziedzinie. Nawet jeśli nie, to wiecie, jak nabyć tę kompetencję. Teraz czas zrobić coś, żeby pracodawca/klient (czyli docelowy odbiorca Waszego wizerunku) zauważył Was i chciał z Wami pracować. Oto autoprezentacja: celowe działanie na korzyść tego, jak Was odbierają. Działanie, które wymaga czasu i środków, jak wszystko. Wysyłanie CV nie wystarczy, to często ostatni krok. Musicie być widoczni, poszerzać swoją sieć kontaktów. Twarzą w twarz na wszelkich możliwych szkoleniach, konferencjach, spotkaniach. W sieci na profilach Facebooka, LinkedIna, GoldenLine’a, na branżowych forach i stronach. Wykazywać inicjatywę, pisać bloga (profesjonalnego, nie tak jak ja), organizować wydarzenia i ogólnie robić wszystko, żeby docelowi odbiorcy widzieli, że istniejecie i żeby dobrze Was kojarzyli.

Pozostaje jeszcze pytanie: co właściwie chcemy przekazać? Jasne: siebie z jak najlepszej strony – ale co to dokładnie znaczy? Ludzie zwykle zapamiętują wizerunek na podstawie jednej albo dwóch cech, a nie całą głębię psychiki i umiejętności. Dlatego uczestnicy szkolenia wykonali ćwiczenie self-coachingowe na temat swoich aktualnych i docelowych wartości i antywartości.

Podziel kartkę na cztery części. W poziomie: mam/nie mam, w pionie: chcę/nie chcę, jak na slajdzie. Dwa kolejne slajdy przedstawiają przykładowe mocne i słabe strony, ale jeśli wolisz – wymyśl własne. W każdym polu wpisz po dwa albo najwyżej trzy elementy. W lewym górnym rogu te, które masz i cieszysz się w tego. W prawym górnym te, których wolisz się pozbyć. W lewym dolnym te, nad którymi musisz popracować. W prawym dolnym te, których nie masz i bardzo dobrze.

To proste narzędzie nie wystarczy do zbudowania pełnego i spójnego wizerunku, który chcielibyśmy zaprezentować, ale być może kogoś zainspiruje do dalszej pracy. W takiej sytuacji zapraszam na sesję coachingową prowadzoną przeze mnie.

Podsumowując: autoprezentacja to zajęcie, na które trzeba poświęcić trochę czasu. Co zdecydowanie warto zrobić, bo to sensowna inwestycja w siebie. Zdanie o to, co myślą o nas wszyscy wokół nie powinno spędzać nam snu z powiek, ale z drugiej dla pewnego grona osób musimy jakoś zaistnieć. Inaczej zdajemy się na przypadek i liczymy, że pracodawcy i klienci sami wpadną na to, że trzeba poszukać akurat nas. Na to mogą sobie pozwolić osoby o ugruntowanym prestiżu i bogatej historii – czyli te, które swoją markę już zbudowały.

Relację z wydarzenia można też przeczytać na stronach Kariery na Start i CINiBy.

Czytaj dalej

Jak brzmieć mądrze, nie mając nic do powiedzenia

Znajomy polecił mi pewną mowę na TEDx Talk. Mowę, która jest o niczym. Ktoś może pomyśli „Co w tym dziwnego? Czym się różni od większości pozostałych mów?”. A ja odpowiem: proszę sobie nie stroić żartów, mówienie o niczym to poważny temat. A ta mowa jest o niczym zupełnie celowo. Nawet nie przerost formy nad treścią, co forma zupełnie pozbawiona treści. Przynajmniej taki był zamysł, bo odrobiny treści mówca nie uniknął (niestety!). Zapraszam do oglądania. Trwa niecałe sześć minut, a warto. Można włączyć angielskie napisy.

Jeśli komuś szkoda poświęcić sześciu minut albo wolałby czytać po polsku, tutaj moje tłumaczenie. Za ewentualne błędy przepraszam, ale to – na szczęście – nie jest blog o przekładoznawstwie. Chętnie przyjmę lepszą propozycję od kogoś bardziej kompetentnego.

Słyszycie to? To… nic. Czyli to, co ja – jako mówca podczas dzisiejszej konferencji – mam dla was. Nie mam nic. Nada. Zip. Zilch Zippo. Nic ciekawego. Nic inspirującego. Nic chociaż trochę sprawdzonego. Nie mam zupełnie nic do powiedzenia. Ale i tak – za sprawą mojego sposobu mówienia – sprawię wrażenie jakbym miał. Jak gdyby to co mówię było rewelacyjne. I może – tylko może – poczujecie się, jakbyście się czegoś nauczyli.

Zacznę od wstępu. Będę dużo gestykulował rękami. Zrobię coś takiego prawą ręką <gest wyjaśniania> i coś takiego lewą ręką <podobny gest>. Poprawię swoje okulary <poprawia>. A potem zadam wam pytanie. Proszę o podniesienie ręki tych osób, którym już kiedyś zadano pytanie. <ludzie podnoszą ręce> Okej, świetnie, widzę kilka rąk. Powtórzę: nie mam nic.

Teraz zareaguję na to, jakbym opowiadał wam osobistą anegdotę <uśmiecha się>. Coś na przełamanie napięcia. Coś, żeby trochę wam się przypodobać <śmieje się>. Coś lekko… krępującego <śmiech zakłopotania>. A wy wtedy zrobicie „aw” <ludzie robią „aaawww”>. To prawda. To się rzeczywiście zdarzyło.

Teraz nadam temu szerszą perspektywę. Naprawdę się cofnę. Będzie intelektualnie. Odniosę to do tego człowieka <pokazuje czarno-białe zdjęcie jakiegoś mężczyzny>. To, co on zrobił, było ważne, jestem pewny. Chociaż nie mam pojęcia, kim jest. Po prostu wpisałem w Google słowo „naukowiec”. I spójrzcie, chcę wyglądać jakbym coś tłumaczył <wskazuje palcem>, budował argumentację, ispirował was do zmiany swojego życia, chociaż w rzeczywistości ja tylko… gram… na zwłokę.

Jeśli mi nie wierzycie, spójrzmy na kilka liczb. To jest coś, to się naprawdę dzieje. Liczba mów, które w tej chwili wygłaszam to jeden. Interesujący fakt związany z tym: fakty w tej mowie – cóż, tutaj będzie zero. Mój wzrost w calach to 70,5. Zwróćcie uwagę na to „,5”. 2×6 równa się 12. Interesujące, że 6×2 też równa się 12. To jest matematyka. 352 to trzycyfrowa liczba. 1, 2, 3, 4, 5, a po nich niemal natychmiast następują 6, 7, 8, 9, 10. Żeby to lepiej wypełnić, dam wam jeszcze lika liczb do rozważenia. Uh… 18. 237. 5601. 2,6 miliona. 4. 4. 24. Szokujące! To wszystko są prawdziwe liczby.

Żeby to uzupełnić, spójrzmy na kilka wykresów. Jeśli popatrzycie na wykres kołowy, zauważycie, że większość znacznie przekracza mniejszość. Wszyscy to widzą? Super, nie? A teraz spójrzmy na ten wykres słupkowy, bo przedstawia podobnie niezwiązne dane. Robię to, ponieważ chcę sprawiać wrażenie jakbym odrobił swoje zadanie domowe.

A jeśli – powiedzmy – oglądacie to na YouTube z wyłączonym dźwiękiem, możecie pomyśleć „Aha, okej. Ten facet wie, co mówi”. Nie wiem. Motam się, panikuję. Nie mam nic. Jestem w pełni i całkowicie fałszywką. Ale wiecie co? Zaoferowano mi mowę na TED. I – do cholery – mam zamiar jej dopilnować.

Jeśli popatrzycie za mnie, zauważycie słowa sparowane z niejasno prowokującymi myśli zdjęciami. Będę je pokazywał jakbym dobrze wykorzystywał zarówno mój jak i wasz czas. Ale w rzeczywistości nie wiem, co znaczy połowa z tych słów. W ramach kontynuacji będę gadał bzdury. Wagga wa. Gaba gaba. Indyk. Usta i usta. Okruszek, wycieczka, mój pies skacze. Rozpruj to i zamocz, Richard. Jestem malusieńskim brzdącem i jestem am-am w moim brzuszku. Brad Pitt. Uma Thurman. Nazwy. Rzeczy. Słowa, słowa i więcej rzeczy.

Widzicie? To brzmi jakby miało sens, prawda? I może – tylko może – zmierzam do jakiejś satysfakcjonującej konkluzji. To znaczy – gestykuluję jakbym zmierzał. Chodzę, podnoszę intensywność, zdejmuję okulary, które – przy okazji – składają się z samych oprawek <przekłada palce przez oprawki>. Założyłem je, żeby wyglądać mądrze, chociaż mój wzrok jest doskonały.

A teraz trochę zwolnię. Zmienię ton głosu. Sprawię wrażenie jakbym budował kulminację. A jeśli nie budowałem? Niesamowite, prawda? Cóż możemy zrobić? Życie jest kolejką górską. <przerwa>

Jeśli macie wynieść z tej mowy jedną rzecz, chciałbym, żebyście pomyśleli o tym, co słyszeliście na początku. I o tym, co słyszycie teraz. Ponieważ wtedy nie było nic i ciągle nie ma nic. Pomyślcie o tym. Albo nie, też w porządku. Teraz przestanę mówić. Dziękuję.

Jakież to jest pouczające! Mnie zostało już niewiele do zrobienia, bo nie dość, że Will Stephen wszystko robi poprawnie, to jeszcze sam siebie analizuje. Zwraca uwagę na to, co w danej części mowy jest ważne. We wstępie zapowiada temat; w rozwinięciu przedstawia go z kilku różnych perspektyw; w zakończeniu podsumowuje i spina całość. Kiedy przywołuje anegdotę, przedstawia cel przywoływania anegdoty: zbliżenie się do słuchaczy i przełamanie lodów, dlatego jest ona blisko początku. To samo z gestykulacją, która zwraca uwagę i buduje napicie oraz spokojnym tonem głosu, który brzmi poważnie i rzeczowo. Zdjęcia znanych osób podnoszą autorytet, a liczby potrafią szokować. Przy okazji, to moje ulubione zdanie: „To wszystko są prawdziwe liczby”. Oczywiście, w pewnym sensie wszystkie liczby są zawsze prawdziwe. Ten film naprawdę jest pełen rad, co zrobić, żeby brzmieć mądrze, ciekawie i inspirująco. A skoro jest tak łatwy i jasny w odbiorze, mógłbym zakończyć jak Wittgenstein swój Traktat: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć.”

Tak się jednak składa, że o mówieniu właśnie można mówić! Na tym właśnie polega cały mój blog: korzystam z retoryki, używając jej do pisania o retoryce. Tematem mojego zainteresowania jest język i dokładnie jego używam jako narzędzia. Ależ mi się zaskakująco trafiło! Do rzeczy. Po komentarzach wnoszę, że według wielu osób ten mówca po prostu nabija się z innych mówców albo z całego TED. Podobnie jak Wolter w Widzeniu Babuka. Scyta Babuk odwiedza nieznane sobie miasto Persepolis (czyli parodię osiemnastowiecznego Paryża) a w tamtejszej świątyni „Na wzniesieniu pojawił się mag i długo mówił o występku i cnocie. Mag ów podzielił na kilka części to, czego wcale nie trzeba dzielić; dowiódł metodycznie rzeczy jasnych; pouczył o tym, co było dobrze wiadome. Miotał się, krzyczał, płonął na zimno i wyszedł zziajany, zlany potem. Wówczas zgromadzeni obudzili się z drzemki z przeświadczeniem, że wysłuchali wielce budującej nauki.”

Moim jednak zdaniem powyższy film nie jest tylko parodią, a nawet jeśli tak, to pożyteczną. Przedstawia bowiem systematycznie narzędzie, którego wielu innych używa na wielką korzyść słuchaczy: narzędzie o nazwie „jak brzmieć mądrze”. Całe mnóstwo wykładowców i mówców na konferencjach powinno używać tego narzędzia, kiedy stoi za nimi temat prawdziwie warty przedstawiania. Spotkaliście się kiedyś z tematem mądrym i wartościowym, ale przedstawianym w taki sposób, że nie dało się nie zasnąć? Pokażcie ten wpis osobie, która przedstawiała. Niech zauważy, że nie tylko treść jest ważna, ale i forma.

Po drugiej stronie są osoby, które mają do powiedzenia niewiele, a robią z tego odkrycie Ameryki godne półgodzinnego wystąpienia. Właśnie z tych osób żartuje sobie pan Stephen. Ale to nie narzędzie jest za to odpowiedzialne. Nie należy winić retoryki za to, że niektórzy korzystają z niej bez potrzeby, ale podpierają nią trywialne myśli, które inaczej nie zainteresowałyby nikogo. Z resztą, kto wie, czy ta trywialna nieinteresująca myśl nie okaże nieoszlifowanym diamentem przy odrobinie uwagi.

Ubiór mówcy

Do najważniejszych tematów retoryki zabieram się jak pies do jeża. Budowa wypowiedzi, odpowiedni język i mowa ciała ciągle czekają na swoją kolej. W ten sposób buduję napięcie. Czy to już teraz? Czy to w tym artykule wyjawię najgłębsze tajemnice i przedstawię podstawowe, żelazne zasady? Już niedługo przyjdzie dzień, w spełnią się Wasze skryte marzenia, ale to nie jest ten dzień. Ten dzień jest obliczony na zwiększenie klikalności, bo będzie o modzie!

A konkretnie – olać modę. Chociaż niekonieczne, czasem może uda się ją wykorzystać. Jeśli miałbym podać najogólniejszą regułę, która niezawodnie odpowie na pytanie „jak mówca powinien się ubrać?”, byłoby nią – odpowiednio do sytuacji. To nie znaczy formalnie. To nawet nie znaczy tak jak audytorium. Mówca może nosić dres, strój klowna albo zupełnie nic, jeśli akurat to jest potrzebne. Trzeba tylko wiedzieć, że wszystko będzie mieć swoje konsekwencje. Artykuł Kazimierza Pytko kompiluje wyniki kilku badań na temat tego, jak ubranie może wpłynąć na nasz wizerunek w oczach innych. Mundur wywołuje posłuszeństwo, lekarski kitel budzi zaufanie. Ogólnie: każdy symboliczny ubiór budzi skojarzenie z grupą, do której jest przypisany. Tutaj z kolei cały blog o związkach stylizacji z psychologią (pomyślelibyście, że coś takiego istnieje?). Kierowany głównie do kobiet, ale wiele tekstów jest uniwersalnych, jak wszystkie z serii kulturowo-socjologiczne tło mody. Podejrzewam, że istnieje jeszcze sporo źródeł, które mówią, jakie efekty ma noszenie konkretnych elementów stroju. Ktoś się podzieli?

doctor-05

Jaka jest szansa, że ten elegancki, sterylny pan skończył medycynę?

„Zawsze wyglądaj o oczko lepiej niż publiczność” – cytat zapożyczony od Agaty i Jerzego Rzędowskich. W swojej książce przedstawiają podobne zalecenia: ubiór schludny, czysty, oficjalny lub półoficjalny. Rękawy męskiej koszuli widoczne spod marynarki, ta zapięta na jeden guzik, ostrożnie z ozdobami i wzorami. Dla kobiet nieco większy wachlarz możliwości, ale ciągle ostrożnie z biżuterią i kolorami, wrażenie powinna przyciągać twarz. Dobre rady? Tylko w niektórych sytuacjach. No dobrze, w większości sytuacji. Jednak nie zapominajmy, że strój jest narzędziem, które do czegoś służy. W tym przypadku: do tego, żeby audytorium nie skupiało się na stroju, tylko na treści wystąpienia. Przeważnie chodzi właśnie o to, chociaż mogą przecież istnieć też inne cele ubierania się. Na przykład przyciąganie większej uwagi, zbliżenie się do słuchaczy albo przeciwnie – zbudowanie dystansu. Steve Jobs zbudował swój wizerunek na dżinsach i golfie. Kto chce nawiązać kontakt z ekscentrycznymi artystami, może śmiało zakładać apaszkę i szarawary. Uniform eksperta (lekarza, profesora, polityka) powinien zwiększyć poczucie wiarygodności. Strój mocno wyróżniający się (klapki, okulary przeciwsłoneczne i kwiecista koszula podczas spotkania zarządu, ale też smoking na wieczorze kawalerskim) na pewno ściągnie na siebie spojrzenia wszystkich i będzie tematem plotek.

Steve_Jobs_Costume_1349432155Powtarzam: wystąpienie może mieć różne cele (powinno mieć jakiś cel!), a ubiór może tym celom służyć na różne sposoby. Rozbawienie publiczności też się liczy. Należy przy tym pamiętać, że ubieranie się jest jakimś rodzajem umiejętności i można przy tym popełnić błąd. Chcemy wzbudzić swobodny nastrój, a wzbudzamy śmieszność. Chcemy wyglądać poważnie, a wyglądamy wyniośle. Żeby tego uniknąć, należy się po prostu przygotować. Przed wystąpieniem przymierzyć kilka wariantów, zrobić sobie zdjęcie, nagrać się kamerą, zapytać o zdanie kilka szczerych osób. Poruszać rękami, usiąść i w ogóle spędzić w danych ubraniach jakiś czas, żeby dowiedzieć się, czy nie zaczną się układać w dziwny sposób. Naprawdę łatwo można zauważyć, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do garnituru i ubrał go tylko na dziś: nie ten rozmiar, krótki rękawek koszuli itd. Chociaż może akurat politowanie jest właśnie oczekiwaną emocją, wtedy w porządku.

Jedno z niewielu zdjęć, na którym Aleksander Kwaśniewski nie robi akurat głupiej miny.

Jedno z niewielu zdjęć, na którym Aleksander Kwaśniewski nie robi akurat głupiej miny.

Na całe szczęście przychodzą nam w sukurs specjaliści, którzy sami przetestowali już niejeden zestaw i wiedzą, co do czego służy. Do tej pory interesowałem się tylko męską częścią garderoby, ale i dla damskiej powinno się tu znaleźć miejsce, jeśli ktoś z Was mi zaproponuje odpowiednią pozycję. Naukę ubierania się polecam zacząć od tych najbardziej standardowych, powszechnych zestawów i dopiero później przechodzić do bardziej spersonalizowanych opcji. Lepiej nie umieć nosić trampków niż nie umieć nosić koszuli. Po prostu koszula częściej się przydaje – a wierzcie mi – łatwo można sobie dobrać po prostu złą. Mnie podobają się między innymi blogi Czas Gentlemanów i Mr. Vintage.

Świetnym kompendium jest też książka Jolanty Kwaśniewskiej „Lekcja stylu dla mężczyzn”. Temat ubrań zajmuję około połowę z niej i jest to wiedza bardzo rzetelna, poparta ilustracjami i przykładami. Jakie są stopnie formalności, co znaczą wszystkie ikony na metkach, na co zwracać uwagę podczas zakupów, co pasuje do mojej sylwetki – możecie się spodziewać wielu rad tego typu. Jeśli kogoś to zainteresuje, dowie się też przy okazji co nieco o przyjętych manierach w biznesie i w relacjach towarzyskich oraz o wizerunku mężczyzny, który uprawia sport, gotuje, chodzi do lekarza i ogólnie dba o siebie.

Podsumowując: nie istnieje coś takiego, jak ubiór mówcy. Istnieje mnóstwo różnych strojów, z których każdy spełni określoną funkcję przy określonej publiczności. Można się nauczyć, co do czego służy, tak jak można się nauczyć czegokolwiek innego. Osobiście nie wierzę, kiedy ktoś po jednym założeniu marynarki mówi, że on w marynarkach źle wygląda, bo mu nie pasują – dla mnie to tak jak zniechęcić się do sportu po jednej wizycie na siłowni. Trzeba po prostu trochę woli, wiedzy (której akurat mamy pod dostatkiem) i praktyki. A także słuchania życzliwych uwag, bo kiedy patrzymy na siebie samych w lustrze, możemy nie umieć ocenić się wystarczająco szczerze.

Pamięć doskonała w 10 dni – Joyce Brothers, Edward P.F. Eagan

pamiec-doskonalaChciałem napisać coś o zapamiętywaniu. Według Kwintyliana memoria to czwarty z pięciu głównych etapów budowania mowy. Nic dziwnego, przemawianie z twarzą do audiencji jest z wielu powodów lepsze niż czytanie z kartki. Właściwie – to jedna z podstawowych kompetencji mówcy. Można nie umieć opowiadać dramatycznej historii, można się pocić i denerwować, to jest do wybaczenia. Ale trudno sobie wyobrazić mówcę, który zapomniał całego materiału i wypadł dobrze. Trafiłem na Pamięć doskonałą, a ten tekst miał być jej recenzją. Nie będzie, bo chyba oplułbym jadem każdą stronę tej fatalnej książki. Nie sądzę, żeby kogoś interesowała moja krytyka czegoś, czego raczej i tak nie przeczyta (bo nie warto). Zamiast tego wpadłem na lepszy pomysł: zrobię studium przypadku użycia retoryki. Nie wiem, czy autorka manipuluje czytelnikiem celowo, czy tylko jest niekompetentna, ale jej praca jest świetnym przykładem stylu, którego należy unikać. W ten sposób nawet kiepską książkę mam nadzieję wykorzystać na pożytek P.T. Czytelników.

Krótko o autorach. Joyce Brothers wygrała teleturniej The $64,000 Question. Coś jak Wielka gra – gracz wybiera swoją kategorię i odpowiada na coraz trudniejsze pytania. Jedna błędna odpowiedź i traci wszystko. Pamięć doskonała jest o tym, że dr Brothers wybrała kategorię boks i nauczyła się jej od zera, bo wcześniej nie znała jej ani trochę. Gratuluję zaparcia, włożonej pracy i zasłużonej nagrody. Właście poznaliście całą treść pierwszych trzydziestu stron. Zaskoczyło mnie, że autorka była docentem psychologii, ale powstrzymam się od osobistych wycieczek; być może udało się jej oddzielić pracę naukową od… reszty. O Edwardzie Eaganie nic nie wiem, chyba tylko redagował i doradzał podczas pisania.

Do rzeczy. Oto, co uważam za nieuczciwe sofizmaty, a na co trafiłem w tym przypadku. To też główne grzechy tzw. stylu amerykańskiego podręcznika know-how. Raz wypowiedziałem się na ten temat pochlebnie, ale akurat wtedy autorami byli Polacy, nie Amerykanie (nie uważam się za wielkiego patriotę, więc dziwi mnie, że polska wersja czegokolwiek jest z reguły wyraźnie lepsza od konkurencji, nawet od oryginału; ktoś mnie oświeci albo poprawi?):

  • Gloryfikacja Nauki w wielu różnych odmianach. Ach, o tym mógłbym pisać i pisać, ale ograniczę się do najważniejszych błędów. Brak jakiejkolwiek bibliografii. Powoływanie się na naukę hasłami w stylu „przodujący radzieccy uczeni dowiedli…”. Procenty i tabele pozbawione źródeł. Bezkrytyczna wiara w „dowody” naukowe (szczególnie w naukach społecznych), jakby były dowodami formalnymi. Ten punkt mógłbym ciągnąć do jutra, ale skończę cytatem i przechodzę dalej: „Dzięki licznym eksperymentom naukowcy zdołali zdołali dowieść, że nie istnieje żaden związek między sprawnością pamięci i nastrojami człowieka”.
  • Szukanie oparcia w anegdotach. Jedna czy dwie historyjki mogą dodać koloru i rozerwać czytelnika. Problem zaczyna się, kiedy są one jedynym źródłem. Naprawdę, fabularyzowane historie z własnego życia, historie zasłyszane, opowieści zupełnie wyssane z palca, bez różnicy. To tak jak z pewnym mężczyzną, który bardzo lubił anegdoty i opowiadał je przy każdej okazji, aż w końcu zjadł go jednorożec, sam widziałem!
  • Człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu. To twierdzenie zasługuje na osobny punkt, bo słyszałem je już wiele razy, szczególnie przy okazji prezentacji cudownej metody, która otworzy przed Tobą ponadprzeciętne możliwości. Ok. 1,3 sekundy w wyszukiwarce podpowiedziały mi, że temat był już wałkowany zbyt wiele razy, żebym się musiał powtarzać.
  • Ta książka jest dla każdego i rozwiązuje wszystkie problemy. Nieważne, czy ćwiczyć lekkoatletykę, masz raka, czy jesteś jeżem – ćwicz pamięć, bo to da Ci bogactwo i szczęście. Ktoś mógłby pomyśleć, że przesadzam, ale przytoczę dosłowny cytat: „Tak więc każda czynność wykonywana przez człowieka jest powiązana mniej lub bardziej trwale ze zdolnością zapamiętywania. Logiczną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest fakt, że sprawna pamięć ułatwia wszelką czynność, a nawet w istotnym stopniu usprawnia całość procesów umysłowych. Oznacza to, iż dobra pamięć stanowi klucz do szczęścia i sukcesu w każdej sferze życia.” To nie są słowa wyrwane z kontekstu, tylko esencja treści.
  • Ta metoda jest niezawodna, a jedynym warunkiem wszelkiego sukcesu jest stosowanie jej. Nie istnieją predyspozycje, demencja, emocje, tylko i wyłącznie wola. Trzylatkowi wystarczy te same 10 dni, co profesorowi historii. Co, nie wystarczyło? Bzdura, nie przyłożył się wystarczająco!
  • Tezy nie poparte zupełnie niczym, nawet własnym autorytetem ani anegdotą. Interwały pomiędzy powtórzeniami i sen rzekomo utrwalają materiał w pamięci – chętnie sprawdziłbym jakieś badania albo poszukał dalszych informacji, ale nie. Tak właśnie jest i koniec, nie drąż.
  • Wszystko jest na temat. Na nieco ponad dwustu stronach zmieściły się łącznie może ze trzy mnemotechniki, a oprócz tego: warunkowanie pozytywne, narzędzia do zarządzania czasem, do wzmocnienia motywacji, do kontroli emocji, ogóle porady życiowe, pedagogika, retoryka (sic!) i poradnik szybkiego czytania.

Na razie tyle, bo co za dużo to niezdrowo. Gdzie jeszcze pojawiały się takie brudne chwyty? Sekret Rhondy Byrne? NLP? Piszcie swoje propozycje, może przyda się coś w rodzaju Czarnej listy pseudo-samorozwoju?

Tym artykułem chciałem z jednej strony uczulić Was i uodpornić na płytkie sztuczki i zachęcić do świadomego odbioru informacji, a z drugiej polecić lepszą metodę budowania swoich wypowiedzi. Takich, które są na jakiś temat, przedstawiają ten temat rzetelnie i interesująco i coś je wspiera (niekoniecznie zaraz poprawne metodycznie badania – cokolwiek!). A o zapamiętywaniu będzie osobny wpis. Może ktoś poleci mi lepsze źródło?

PS. Spostrzegawczy mogli zauważyć, że wymienione błędy pojawiają się też na moim blogu, co tylko dowodzi, jakim jestem hipokrytą. Ale hipokryta też może mieć rację i tak właśnie lubię o sobie myśleć.

Warsztaty teatralne w Żorach – 2.02.2015

Proszę bardzo. Okazuje się, że nawet od tancerza można się czegoś nauczyć. Na przykład, kiedy jest się drugim tancerzem, można się od niego nauczyć tańczyć. Albo – powiedzmy – gotować, jeśli on akurat umie. Chociaż wtedy właściwie uczymy się od niego jako od kucharza, który przy okazji jest tancerzem. A czego może się nauczyć mówca od tancerza jako od tancerza? Świadomości swojego ciała, płynności ruchów, eleganckiej postawy, wykorzystania przestrzeni, koordynacji, kontroli oddechu i pewnie jeszcze paru innych ruchowo-somatycznych rzeczy. Jednak. Kto by się spodziewał, prawda?

Koniec żartów, ćwiczenia naprawdę były pomocne. Tak bardzo, że onieśmielony, nie umiem wyrazić swojego zachwytu słowami. Właściwie to umiem, tylko po prostu jest niewiele wiedzy do przekazania. Bo jak przekazać umiejętności fizyczne? Mogę napisać: ludzkie ciało ma sześć krańcowych punktów – czubek głowy, kość ogonowa, palce dwóch rąk i palce dwóch nóg. Ale żeby poczuć, co z tego wynika, nie obejdzie się bez ćwiczenia. Ograniczę się więc do krótkiej relacji, a kto oczekuje jakiejś korzyści i rozwoju, temu po prostu polecam osobisty udział w warsztatach.

Relacja zaczyna się krótkiego wyjaśnienia: warsztaty były teatralne, ale ich część prowadził tancerz, stąd wstęp. Pojawił się w roli gościa, zaproszony przez panią reżyser i prowadził różne ćwiczenia, których celem była – ogólnie – lepsza świadomość siebie na scenie. Było chodzenie, oddychanie, bieganie, tańczenie, machanie rękami i takie tam. Wszystko zabawne i ciekawe, ale też skuteczne (żeby sobie ktoś nie pomyślał). W ramach dowodu proszę spojrzeć na aktorów albo tancerzy. Oni z reguły dobrze wyglądają! Pewnie nie wszyscy, ale odsetek jest większy niż poza tymi grupami. Nawet, jeżeli któryś ma żabie usta jak Steve Buscemi albo inną dziwną wadę, ciągle potrafi zwrócić na siebie uwagę swoją posturą i  – jakby – aurą. Brakuje mi jasnego i wyraźnego określenia, ale jestem przekonany, że dobry wygląd nie kwestia urodzenia, tylko umiejętność. Chodzi zapewne o zdecydowane ruchy, mikroekspresję, mimikę i te wszystkie zachowania, o których nie da się myśleć cały czas – trzeba je wyćwiczyć. Między innymi z tego składa się szeroko pojęta charyzmatyczna prezencja.

Druga część warsztatów dotyczyła mowy już bardziej bezpośrednio, a konkretnie: wymowy i artykulacji. O tym napiszę nieco bardziej treściwie, bo takie ćwiczenia można wykonywać bez specjalnego przygotowania i asekuracji eksperta.

Mówienie z korkiem w ustach. Pozwala łatwiej zauważyć, z którymi głoskami jest problem. Szczególnie słychać to w słowach typu „czy cietrzew czyta?”. Nawet to da się wymówić wyraźnie, ale spokojnie, „cy sietszes cyta?” brzmi przynajmniej śmiesznie.

Mówienie szeptem do osoby, która stoi dalekoSzeptem nie znaczy cicho, tylko bezdźwięcznie. I – wbrew pozorom – szept może być całkiem głośny. Kto nauczy się szeptać tak, żeby słowa były wyraźnie słyszalne, ten będzie też lepiej słyszalny w innych sytuacjach.

Rozgrzewka aparatu mowy. Cmokanie, mlaskanie, szerokie uśmiechy, ruszanie żuchwą i inne miny godne dorosłego, poważnego człowieka, które mają na celu usprawnienie określonych mięśni i polepszenie wyrazistości mowy. Po więcej informacji zapraszam do logopedy: link1, link2, link3.

Podsumowując – polecam warsztaty teatralne każdemu, dla kogo istotne są umiejętności aktorów. Mowa ciała, odgrywanie emocji, dobra dykcja – mówca powinien je opanować, a jeśli może się uczyć od specjalistów – czemu nie?